Z Puerto Montt do Patagonii

Zaciekawieni opowieściami o chilijskiej „autostradzie południowej”, postanawiamy pojechać nią tak daleko na południe, jak to tylko możliwe. Słynna Carretera Austral to właściwie szutrowy trakt, zbudowany za czasów Augusto Pinocheta. Zaczyna się w Puerto Montt i ciągnie się przez ponad 1000 km przez niemal dziewicze tereny Patagonii. Na wielu odcinkach trasa przecina zatoki lub jeziora, wymuszając korzystanie z promów. Pierwsza przeprawa to całonocny rejs z Puerto Montt do Chaiten przez zatokę Ancud. Trzy kolejne dni spędzamy w busikach, powoli pokonując kolejne kilometry szutru. Jazda jest męcząca, ale dostarcza niezapomnianych wrażeń – z drogi obserwujemy piękne, wiecznie zielone lasy, lazurowe jeziora i górskie masywy, przykryte białą czapą patagońskiego lodowca południowego – ogromnego lodowego pola (14 tys. km2), pokrywającego znaczną część Andów Patagońskich. Przez Coyhaique i Cochrane dojeżdżamy na koniec drogi, do Villa O’Higgins. Niewielkie miasteczko, założone dopiero w 1967r., leży na brzegu ogromnego jeziora O’Higgins. Nie ma możliwości zbudowania dalszej drogi na południe – musiałaby ona ominąć jezioro, a po stronie chilijskiej graniczy ono z lądolodem. Jedynym wyjściem jest przedostanie się na stronę argentyńską. Niestety jak na złość prom do granicznej osady (a właściwie do posterunku żandarmerii) - Candellario Mancilla, właśnie odpłynął. Czekamy na najbliższy transport jeszcze kilka dni, zwiedzając okolicę. Wybieramy się na wycieczkę do rezerwatu Shoen. W dolinie Rio Mosco pniemy się przez bujny, pionierski las drobnolistnej lengi nieco podobnej do naszego buka, do czoła niewielkiego lodowca Mosco. Tak bliskie sąsiedztwo lasów i strefy wiecznego śniegu jest jedną z ciekawostek krajobrazowych. Ciągła pokrywa chmur znad oceanu i wysokie opady sprawiają, że lodowce utrzymują się tu już na wysokościach ok. 1000m. W drodze powrotnej patagońska pogoda okazuje nam swoje surowe oblicze. W strugach deszczu, z trudem przekraczając wezbrane rzeki wypływające z lodowca, schodzimy do Villa O’Higgins i przeprawiamy się przez jezioro. Na drugim brzegu czeka nas odprawa graniczna. Pogranicznicy wydają się zdziwieni naszą obecnością. Jest wczesna wiosna, więc możliwe, że jesteśmy pierwszymi turystami w sezonie (zimą droga jest często zasypana śniegiem).
Od posterunku do samej granicy jest jeszcze 15km. Ze ścieżki, wiodącej głównie przez dorodne liściaste lasy, udaje nam się zobaczyć w oddali strzelisty, majestatyczny masyw Fitz Roya, górujący nad okolicą. Noc spędzamy tuż obok słupka granicznego, w zupełnym pustkowiu. Następnego dnia wkraczamy do Argentyny i poddajemy się skrupulatnej kontroli, tym razem argentyńskich żandarmów. Naszym oczom ukazuje się jezioro zwane Lago del Desierto. Przejście wzdłuż jego stromego brzegu zajmuje nam cały dzień, choć to tylko 12km. Nagrodą za wysiłek są wspaniałe widoki otaczających nas gór i lodowców, których jęzory opadają w stronę szmaragdowej tafli. Następnego dnia stajemy na granicy parku narodowego Los Glaciares. To tu wznosi się szereg granitowych ścian i iglic, z których najbardziej znanymi są Fitz Roy i Cerro Torre. Mimo surowego klimatu, park ma bogatą roślinność. Nawet część moren porastają pionierskie lasy lenga, będące kryjówką patagońskiego jelenia – huemula i groźnej pumy. Niestety, zmienna pogoda i nam daje się we znaki – przez trzy dni wędrówki doświadczamy gwałtownego załamania pogody. Szanse na olśniewające widoki granitowych, pionowych ścian, niweczą gęste chmury niosące na przemian deszcz i śnieg. Dla zachowania dobrego humoru nie rezygnujemy z wycieczek na tzw. punkty widokowe, z których obserwujemy, zamiast nieprawdopodobnych skalnych kształtów - niewiarygodnie kłębiące się chmury, skrywające lodowy świat. Zmarznięci, schodzimy do El Chalten, miasteczka u podnóża masywu. Stąd jedziemy do El Calafate, by zobaczyć jeden z najsłynniejszych lodowców świata - Perito Moreno, opadający ogromną, ścianą niebieskawego lodu do jeziora. Na wszystkich odwiedzających to miejsce, ogromne wrażenie robią bloki lodu, odrywające się od jego czoła i z hukiem wpadające do wody. Ten magiczny spektakl podziwiamy przez parę godzin, ale jeszcze tego samego dnia wjeżdżamy znów do Chile (granice w tym rejonie mają dość zagmatwany przebieg).

<< Poprzednia Następna >>
O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 License.